O tym, jak powstawał audiobook „Wiersze miłosne i dla równowagi”
- Zofia Sierszeńska

- 28 sty
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 6 lut

W zeszłym roku latem, tuż przed wyjazdem do Polski, doświadczyłam czegoś nowego.
Lubię doświadczać, a Wy?
Od jakiegoś czasu docierały do mnie sugestie, że powinnam nagrać moje wiersze, i że mój głos jest miły (nie wiem, nie wiem, nigdy nie słyszałam ;)) Właśnie robiłam wybór moich najbardziej pozytywnych, kosmicznych, uczuciowych wierszy. Czy jest we mnie energia ku takiemu przedsięwzięciu? No, ale, jak miałoby jej nie być, skoro Michał, mój syn, jest właścicielem, położonego o kilka kilometrów od mojego domu, studia nagrań? Jak nie wykorzystać takiej możliwości i szczerej chęci pomocy ze strony syna?
Szybko zbliżał się dzień mojego wyjazdu, brakowało dosłownie kilku dni. Wybór wierszy był gotowy, a syn, w swoim aktywnym życiu, znalazł czas na nagranie. Z wydrukowanymi na pliku kartek wierszami weszłam pewnego upalnego, lipcowego poranka do uroczej posiadłości, w której znajdowało się studio. Zaraz za płotem powitała mnie czarna Calma, której imię (Spokój) dokładnie odzwierciedlało jej charakter. Pasowało mi też ono do moich „wierszy dla równowagi”, które miałam za chwilę odczytać przed mikrofonem. Calma jest przyjaciółką Echo, suczki Michała, kiedyś mieszkali razem, czułam do niej wielką sympatię. Pomyślałam, że warto by było wyczesać jej długą skołtunioną sierść. Nie miałam przy sobie szczotki do włosów. Może znajdę gdzieś w ogrodzie?
Weszłam do studia, minęłam pierwsze pomieszczenie z długim stołem i umieszczoną na nim aparaturą pełną suwaków i przycisków. Na monitorze wesoło piętrzyły się wieżyczki mówiące mojemu synowi wszystko o dźwiękach. Dla mnie totalna magia.
Naprawdę ten wysoki, zdolny mężczyzna pił mleko z mojej piersi przez dwa pierwsze lata swojego życia?
Przypomniałam sobie czas sprzed 30 laty, kiedy już wykończona nocnymi pobudkami postanowiłam wreszcie z tym skończyć. Kiedy perswazje nie odnosiły skutku wpadłam na genialną myśl! Zaproponowałam małemu bystremu, że jeśli przestanie mnie ssać, to dam mu kosteczkę (zabronionej) czekolady. Pokalkulował chwilę w swojej główce, co dokładnie odzwierciedlało się na jego twarzy i rzekł:
– Dobze!
Synku
Cudzie mój, mały Buddo
wyłuskuję kosmiczne mądrości z twojej paplaniny.
Co rano zachwycasz mnie
sennym ciepłem policzka.
A teraz ten, nadal mądry Michał, z wrodzona sobie energią, krzątał się przygotowując wszystko do nagrania.
Weszłam do małej profesjonalnej kabiny. Jej ściany wymalowane były na uspokajający zielony kolor. Przede mną był wielki mikrofon, na uszach słuchawki. Czułam nerwy i suche gardło.
Postałam chwilę, obserwując przez szybę do sąsiedniego pomieszczenia Michała przygotowującego skomplikowany sprzęt nagrywający. Duma z syna powoli zaczęła wypierać tremę i wątpliwości co do sensu tych nagrań. Poczułam, że przecież wszystko płynie, że mi sprzyja, teraz tylko powinnam się temu poddać.
Napiłam się wody. Syn kiwnął na znak, że zaczynamy nagrywanie. Niewyćwiczonym, niepodobającym mi się głosem przeczytałam początek wiersza.
– Mamo, moment. – przerwał mi syn.
Pooddychałam, a w tym czasie syn poustawiał parametry.
W słuchawkach usłyszałam:
– Już! – a za duża szybą zobaczyłam uniesiony kciuk syna.
Zaczęłam czytać trochę wolniej, trochę bardziej świadomie, choć to, co czytałam było mi jakby obce.
– Stop! – usłyszałam i poczułam ulgę.
Tym razem powodem przerwy okazał się mikrofon. Nowy, super drogi okazał się wadliwy, tak więc, podczas, gdy syn wymieniał go na inny, ja uzyskałam dodatkowy czas na oswojenie się z sytuacją.
Kiedy po raz trzeci zaczęłam czytać czułam się już trochę wygodniej. Co innego jest pisać wiersze w całkowitej intymności w wybranych przez Kosmos momentach, a co innego odzierać je z tej bezpiecznej otoczki w tym trochę klaustrofobicznym, jasno oświetlonym pudełku mając świadomość, że każdy mój błąd w wymowie czy intonacji zostanie zarejestrowany.
Nagrywanie szło sprawnie, dochodziłam do wierszy miłosnych i wtedy (jaki ten Kosmos jest uważny! ;)) ze skupienia wyrwał mnie głos w słuchawkach:
– Mamo, ty kontynuuj, a ja na chwilę wyjdę, ok?
Dzieci nie lubią wiedzieć o erotyce rodziców, tak więc ochoczo kiwnęłam mu głową na znak zgody i już swobodnie mogłam wpłynąć w świat moich niegdysiejszych doznań.
Po nagraniu wszystkich wierszy usiedliśmy przed ekranem komputera i zaczął się montaż. Jakaż to była fantastyczna przygoda! Jak za dotknięciem różdżki między moje wiersze wpływała muzyka przeplatana odgłosami natury. Ja wymyślałam, a Michał błyskawicznie wyszukiwał co potrzebne i wstawiał. To była mrówcza, misterna, ale i pasjonująca praca.
O tworzeniu wierszy i o ich nagrywaniu już trochę wiecie. Teraz Wam opowiem o muzyce, która wzbogaca to nagranie i o jej młodych twórcach:
Marianna Fogtman Budaj
Znam ją od dziecka i od zawsze ją lubię. Ukończyła konserwatorium, gra, śpiewa, komponuje. Wszechstronnie uzdolniona artystka, wiecznie poszukująca. Czasami daleko, jak wtedy, kiedy głos wewnętrzny zaprowadził ją na samotny półroczny pobyt na Bali.
Lili Khusainova
Tatarka mieszkająca i tworząca w Niemczech. Pianistka i kompozytorka, istota niezwykle delikatna, którą inspiruje Natura. I tę subtelność słychać w jej utworach, a wrażliwość najprawdopodobniej ma w genach po swojej babci, tatarskiej poetce.
Michał Krygiel
Technik dźwięku z wykształcenia, na perkusji gra od dziecka. Jego muzyka jest pełna energii, potrafi porwać mnie do spontanicznego tańca, choć reege i dub nie są moimi ulubionymi gatunkami muzyki. Dlatego cieszę się skłonnościami Michała do jazzu bo tu wkraczamy na wspólne poletko upodobań.
Opowiedziałam Wam w skrócie o tych trzech młodych twórcach, z którymi stworzyliśmy audiobook „Wiersze miłosne i dla równowagi”. Niech to nagranie dociera do jak największego grona ludzi. Dzielcie się nim z bliskimi!
A jeśli ktoś poczuje, że chce i może przekazać jakąś kwotę na pomoc w zalesianiu naszej pięknej, ale zagrożonej Niebieskiej Planety, to niech wie, że razem możemy zdziałać więcej.
Dziękuję. Miłego słuchania!


Komentarze